Nie opuszczajcie dziecka / bliskiego,
kiedy najbardziej Was potrzebuje
Nie wszyscy członkowie rodzin opuszczają tzw. „chorego psychicznie” w potrzebie. Są i tacy, którzy - choć nie zawsze od samego początku, to jednak z czasem - „mądrzeją” i stają w obronie swoich najbliższych przed psychiatrycznym terrorem. Zauważyli bowiem, że „coś tu jest nie tak” z tą „nauką” (czyt.: pseudo nauką) i jej przedstawicielami (w postaci rzeszy psychiatrów i wspierających ich okrutne postępowanie koncernów farmaceutycznych), ale już na pewno „coś jest nie tak” z ich dzieckiem, które z dnia na dzień coraz bardziej otumanione i uzależnione od chemicznych pastylek, staje się cieniem tego człowieka z przeszłosci, którego znali i kochali, wypranym z wszelkich uczuć i chęci do życia.
Najczęściej są to niestety „zapłakane matki”, które zdają sobie sprawę, że własne dziecko własnymi rękoma wepchnęły w maszynerię psychiatryczną, gdzie łatwo jest „wejść”, ale wyjście z tamtąd jest prawie niemożliwe. Niestety, to właśnie te same matki... przeważnie... jako pierwsze podnoszą słuchawkę i wykręcają numer pogotowia przeświadczone, że tam ich dziecko znajdzie należytą opiekę. Mam cichą nadzieje, ze jest to naprawde nieświadome postepowanie, mające swe źródło w całkowitym braku wiedzy, lub inaczej to ujmując – posiadaniem fałszywej, tak chętnie kreowanej zarówno przez psychiatrię, jak i wszelkie dostępne media publiczne. A wystarczy się tylko ciut zagłębić w „tajniki” psychiatrii, by bardzo szybko stwierdzić, że cała ta pseudo nauka oparta jest jedynie na hipotezach i nieludzkich, barbarzyńskich metodach „uzdrawiających”, bedących w rzeczywistości TORTURAMI. Bo jak inaczej nazwać takie „metody leczenia”, jak szok insulinowy, elektrowstrząsy, lobotomię czy też jej młodszą, chemiczną siostrę – „Pastylkę”, tzw. neuroleptyk, która nie tylko deformuje ciało, ale przede wszystkim uśmierca w człowieku to, co świadczy o jego człowieczenstwie - uczucia? Dotknięci umierają praktycznie za życia i niejednokrotnie przez długie dziesiątki lat. Hmm... dlaczego więc psychiatrzy powołują się na przysięgę Hipokratesa, podają swoim podopiecznym „neuroleptyki”, które przyjmowane regularnie latami, skracają ludzkie życie o ok. 25 lat (Aderhold 2007), a raczej pozostałość po tym, co kiedyś życiem było?
Do tego psychiatrzy z nieopisaną bezczelnością wmawiają zarówno Dotkniętym, jak i członkom ich rodzin, że „całe zło” to nie są skutki uboczne, spowodowane przez wspomniane psychotropy, a jedynie „postępująca, niueuleczalna choroba”! I tylko ci rodzice, którzy choć trochę przejrzeli na oczy i zaufali własnemu dziecku, a nie kompletnie obcej osobie ...w bialym fartuchu... przepisującej w majestacie prawa substancje, które śmiało można uznać za broń, za narzędzie mordu itd., mogą zauważyc, iż pod priorytetowymi hasłami psychiatrii i ich zgodnym niby z postępem nauki trybem postepowania znajduje się tylko stek klamst i potężna machina do zarabiania jeszcze potężniejszych pieniedzy. Mało tego po przeczytaniu i zrozumieniu tekstu ulotki informacyjnej tychże „lekow” można dostać szoku, gdyż tam czarno na białym koncerny farmaceutyczne informują, iż jednym z niepożądanych skutków przyjmownia neuroleptyków może być nawet... śmierć?! Cóż to za „lek”, co śmierć powoduje?!!! A do tego cała reszta nieprzyjemnych skutków ubocznych pokrywa się prawie dokładnie z listą „objawów choroby”. Pytanie jest tylko: dlaczego tak niewielki odsetek ludzi potrafi zauważyć, że to jest skrajny BRAK LOGIKI, bo jak „lek” może wywoływać to, co ma niby likwidować, leczyć???
I dlaczego nie wierzy się swoim najbliższym, kiedy ci ze strachem w oczach, próbują nam przekazać, że dzieje się coś złego, że ktos chce ich zabić, otruć, że toczy się jakiś wielki spisek... Dlaczego ignoruje się dziesiątki milionów ludzi na świecie, którzy w sumie powtarzają cały czas, od wieków to samo, że świat jest pełen ludzi, którzy chcą ich zniszczyć? I dlaczego uznaje się za „objawy choroby” takie właśnie słowa, a nie zastanowi się nad tym, że to psychiatrzy mogą kłamać i stać na straży jakichś własnych tajemnic?
Dotknięci otoczeni są przecież w rzeczywistości przez ludzi (od rodziny, po sprzedawcę w sklepie), którzy przy każdej okazji wytykają im „chorobę psychiczną” i odsyłają ich do psychiatrii twierdząc , że „tą chorobę” trzeba leczyć. Przecież nikt im nie mówi, że tam będą truci bezlitośnie już do końca swoich dni, nieprawdaż? A czy nie są ciągle zdradzani, okłamywani i czy nie knuje się za ich plecami? A czyż nie jest prawdą, że ci, którzy powinni ich najbardziej wspierać, w porozumieniu z „lekarzami” trują nieszczęśników, gdyż w większości przypadków członkowie rodzin współpracują z psychiatrią, a nie z „kochanym” Dotkniętym? I nie tylko podają po kryjomu „medykamenty”, ale grożą też konsekwencjami w przypadku ich nie brania natychmiastowego odwiezienia Schizofrenika do psychiatryka, nawet na silę i tam, tak czy siak, dalszą „medykamentację”. Hmm.. I jak nazwać takie postępowanie, jak nie prześladowaniem i zdradą?!
Wezwane pogotowie ratunkowe wręcz ochoczo odwozi „podejrzanego” do „szpitala” psychiatrycznego, gdzie zaczyna się horror... Artykuł: "Pęknięte z żalu serce" ....Już w trakcie, jak i po wizycie w „szpitalu” psychiatrycznym i „odpowiedniej dawce leków” paraliżujących w człowieku wszystko, co możliwe jest do sparaliżowania (te „leki”, nazywane przez psychiatrię i farmakologię neuroLEPTykami /czyli tłumiącymi/, to zastępcza nazwa dla ich prawdziwej, która bardziej nazywa rzeczy po imieniu - neuroPLEGiki /paraliżujące/, czyli paralizatory neuronów!), zostaje nam, Schizofrenikom, „wytłumaczone”, że jesteśmy „chorzy psychicznie” i wszystko, co do tej pory przeżyliśmy jest niczym więcej, jak wymysłem naszego „chorego umysłu”, więc „musimy” przyjmować „leki”... i już!
I tu apeluje do zdrowego rozsądku Czytelnika i proszę o zadania pytania samemu sobie: kto z Was chciałby łykać „coś”, co parliżuje? Paraliżuje nasze ciało, które w wielu wypadkach zaczyna dziwnie się wykręcać, nasze członki odmawiają posłuszeństwa, a co niektórzy zaczynają się trząść, jak galareta. Paraliżuje też nasze uczucia, nasze pragnienia i marzenia i pozostawia po sobie... hmmm... nazwijmy to: chodzącego trupa, a raczej siedzącego, któremu cztery litery rosną z prędkością światła do niebywałych rozmiarów, waga się podwaja, depresja... no cóż... Przy 50 kilogramach wagi (u kobiety np.) nie było już łatwo... A co dopiero przy stu? Zmęczenie zarówno psychiczne, jak i fizyczne spowodowane regularnie podawaną trucizną powoduje, iż jedyne, o czym ma się siłe marzyć, to to, aby zniknąć z tej rzeczywistości, zamknąć oczy i poprostu ulotnić się... z tej drogi krzyżowej. A gdy się na głos wspomni, że się nie ma siły, ani chęci żyć, znów - „dla naszego dobra” (!) - albo zwiększa się dawkę „leku”, albo odstawia na siłę do szpitala. Hmm... I dziwią się potem, że nie mamy zaufania do ludzi i zamykamy się w sobie.
A co do rzekomej agresji Schizofreników i ich brutalności, to mogę tylko powiedzieć, że to kolejny mit, spreparowany na potrzeby psychiatrii. I tu pozwolę sobie na podanie przykładu, jakim było przeprowadzone badanie naukowców z Australi z Uniwersytetu w..... mające na celu wykazać ile procent ze wszystkich popełnionych przez ludzi przestępstw popelnione zostało przez schizofreników. Wyniko badań były szokuijące, gdyż okazało się, ze odsetek ten był tak znikomy, iż nie ma pryktycznie możliwości prowadzenia na zebranym materiale jakichkolwiek statystyk. Przestępczość wśród Schizofreników jest tak mała... A jeżeli już ktoś jest agresywny, to jest to właśnie skutek przyjmowania „lekow” psychotropowych. I śmiem twierdzić ze 100% pewnością, iż na świecie jest o wiele więcej „tatusiów”, którzy - choć niby normalni - biją swoje córki, nie tylko patelnią.... A co do kredytów - znam wielu ludzi bez Schizy, którzy pobrali kredyty, a inni muszą je spłcać... Hmm...Polecam chociażby przyjrzeć się się aferom finansowym na szczeblu rządowym . Ciekawe czemu tych... „normalnych” nie zamyka się w „szpitalach” psychiatrycznych, a naród płaci i nie domaga się ich zamknięcia w psychiatryku?
